Emocje na trasie nie zdążyły opaść, a już mówi się o jednym z najciekawszych występów polskich załóg w ostatnich dniach rajdu. Marek Goczał wraz z pilotem Maciejem Martonem zameldowali się na mecie z piątym wynikiem w klasyfikacji generalnej. Co ważne, w Toyocie Hilux T1+ byli najszybsi spośród wszystkich ekip korzystających z auta japońskiego producenta, wyprzedzając fabryczne zespoły, które na papierze miały zdecydowanie więcej atutów. Ten rezultat otwiera przed nimi szerokie perspektywy i pokazuje, jak dobrze czują się w obecnej konfiguracji.
Nieco mniej szczęścia mieli dziś Eryk Goczał i Szymon Gospodarczyk. Organizatorzy ostrzegali, że pierwsza część odcinka okaże się bezlitosna dla opon — i tak właśnie było. Dwa kapcie w kamienistej sekcji wymusiły zachowawczą jazdę, bo zapasów zabrakło. Po pit-stopie tempo wróciło, a strata nie przekreśla szans na mocne miejsca w następnych etapach. W tak długim rajdzie cierpliwość bywa równie ważna jak szybkość.
Przygód nie uniknęli również Michał Goczał i Diego Ortega. Kłopoty techniczne, drobny pożar na dojazdówce i kilka nieplanowanych przystanków mogły zniechęcić, a jednak załoga zamknęła dzień ze stratą około dwunastu minut. W realiach Dakaru to wciąż wynik, który pozwala zostać w grze.
Marek Goczał przyznał, że plan był spokojny: bez zbędnego ryzyka, z myślą o tym, by sprawdzić realne tempo. Zaskoczenie na mecie było więc spore. Jazda czysta, bez przebitych opon, tylko jeden solidny skok, po którym odmówił posłuszeństwa mikrofon w kasku. — Jeszcze nigdy nie dawało mi to tyle radości — mówił po etapie, zapowiadając, że jutro chce po prostu kontynuować tę przyjemność z prowadzenia.
Rajd trwa, a polska ekipa pokazuje, że potrafi reagować na trudne warunki i wykorzystać każdą okazję. Od jutra znów gaz do dechy — z chłodną głową i wiarą, że podium wciąż jest w zasięgu.
Zdjęcie: Fb Energylandia Rally Team