Jak twierdzą osoby znające intencje twórców, rysunek ma być symbolicznym komentarzem do rzeczywistości, w której staranie się, planowanie i nieustanne „działanie” coraz częściej kończy się poczuciem jałowości. W ich przekazie wybrzmiewa surowa konstatacja, że z tego wszystkiego i tak „nic nie będzie”. Sami autorzy podsumowują to bez cienia wątpliwości:
„To jest beniz na miarę naszych możliwości. My tym benizem otwieramy oczy niedowiarkom! Mówimy: to jest nasz beniz, przez nas zrobiony i to nie jest nasze ostatnie słowo!”
Trudno o bardziej dosłowną formę nihilistycznego manifestu, który ma być sprzeciwem wobec konsumpcjonizmu, kultu sukcesu i presji bycia kimś, najlepiej szybko i widowiskowo. Paradoks polega na tym, że bunt przeciwko sensowi sam domaga się sensu, a antysystemowy gest narysowany na lodzie natychmiast staje się elementem medialnego obiegu uwagi. Protest przeciwko światu, który wszystko przelicza na zasięgi, sam funkcjonuje wyłącznie dzięki zasięgom.
Pozostaje pytanie, czy staw Anteckiego był świadkiem filozoficznej prowokacji, czy raczej ironicznego performance’u, który wie, że nic nie zmieni – i właśnie na tym buduje swoją siłę. Tafla lodu stopnieje, rysunek zniknie, a poczucie absurdu zostanie. Być może o to właśnie chodziło.
Tak na prawdę to nie. To jest DOSŁOWNIE ogromny kindybał narysowany na lodzie. Po co? Po nic. Ale miło mi nareszcie poinformować Was w temacie, w którym mam jakiekolwiek pojęcie ;*