Inicjatywa referendalna została formalnie zgłoszona w listopadzie 2025 roku, a jej pełnomocnikiem był Jerzy Mrawczyński. W ustawowym terminie do Delegatury Krajowego Biura Wyborczego w Krakowie trafiły listy poparcia zawierające – według deklaracji inicjatorów – 3831 podpisów. Po dokładnej weryfikacji okazało się jednak, że faktycznie złożono 3859 podpisów, z czego aż 665 zostało uznanych za wadliwe.

Ostatecznie za prawidłowe uznano 3194 podpisy. To kluczowa liczba, ponieważ zgodnie z ustawą o referendum lokalnym wniosek musiał zostać poparty przez co najmniej 10 procent uprawnionych do głosowania mieszkańców gminy. W przypadku Andrychowa oznaczało to minimum 3301 podpisów. Tego progu nie udało się osiągnąć, mimo kilkudniowej i szczegółowej kontroli kart poparcia, prowadzonej również z osobistym udziałem komisarza wyborczego.

Jak wskazano w uzasadnieniu, wśród błędów znalazły się m.in. nieczytelne dane, błędne numery PESEL, niezgodne adresy zamieszkania, brak podpisów, wielokrotne podpisy tych samych osób, a także przypadki braku praw wyborczych. W tej sytuacji, na podstawie obowiązujących przepisów, wniosek musiał zostać odrzucony. Postanowienie podpisał Bartłomiej Migda, Komisarz Wyborczy w Krakowie III.


Decyzja zamyka formalnie temat referendum, ale rodzi kolejne pytania natury politycznej. Skoro realnie udało się zebrać 3194 ważne podpisy, a więc mniej niż wymagane minimum, pojawia się pytanie o odpowiedzialność tych radnych, którzy publicznie popierali inicjatywę odwołania rady. Czy w obliczu fiaska referendum zdecydują się oni na symboliczny krok i zrzeczenie się mandatów, czy też sprawa zakończy się wyłącznie na deklaracjach i politycznych hasłach?

Klęska referendum stawia radnych, którzy najgłośniej je firmowali, w wyjątkowo niewygodnej pozycji. Przez tygodnie domagali się skrócenia kadencji rady, budowali narrację o „woli mieszkańców”, a dziś zostali z dokumentem, który rozpadł się na etapie elementarnej weryfikacji. Naturalne więc pytanie brzmi: czy ktokolwiek z tej grupy zdobędzie się na polityczną konsekwencję? Czy radni popierający referendum, z Jakubem Guzdkiem na czele, zdecydują się oddać mandaty, skoro inicjatywa, pod którą się podpisywali, nie była w stanie zebrać nawet minimalnego, ustawowego poparcia? A może – jak to zwykle bywa – skończy się na głośnych deklaracjach, emocjonalnych wystąpieniach i braku jakichkolwiek realnych skutków.

Dzisiejsza sesja Rady Miejskiej tylko potwierdziła ten obraz. Demonstracyjne wyjście z sali obrad przez radnych związanych z Beatą Smolec pokazuje, że problemem nie jest sam budżet czy procedury, ale nieumiejętność funkcjonowania w warunkach, w których nie ma się już komfortowej większości. Czasy, gdy niewielka grupa mogła bez przeszkód forsować swoje decyzje, minęły – i to szybciej, niż się spodziewano. Coraz wyraźniej widać też zmęczenie mieszkańców tą formą polityki oraz twarzami, które ją symbolizują, w tym Jerzym Mrawczyńskim, byłym radnym, który sam kiedyś złożył mandat w geście obrazy. Dzisiejsze wydarzenia pokazują, że historia lubi się powtarzać, a lokalna polityka wciąż kręci się wokół tych samych emocji, zamiast wokół odpowiedzialności i kompromisu.