Do redakcji napływają komentarze oburzonych mieszkańców Andrychowa. Wśród nich są rodziny osób leczących się psychiatrycznie, osoby po kryzysach psychicznych, a także mieszkańcy, którzy uważają, że język użyty podczas sesji Rady Miejskiej przekroczył granice dopuszczalnej debaty publicznej.
Chodzi o wypowiedź radnego Macieja Kobielusa, który w trakcie obrad skomentował sytuację słowami:
„To już chyba nie jest cyrk, tylko szpital psychiatryczny”.
Dla wielu mieszkańców były to słowa nie tylko niestosowne, ale przede wszystkim krzywdzące. Zachowanie radnego Macieja Kobielusa podczas sesji spotkało się z ostra krytyką pozostałych radnych: Alicji Studniarz i Romana Babskiego.
– Dla nas szpital psychiatryczny nie jest żartem ani figurą retoryczną. To miejsce, w którym nasi bliscy walczyli o zdrowie i życie – pisze jedna z mieszkanek Andrychowa, matka młodego mężczyzny po ciężkiej depresji.
– Takie słowa sprawiają, że ludzie boją się mówić o swoich problemach. To cofanie nas o lata w walce ze stygmatyzacją – dodaje inny mieszkaniec.
W wielu komentarzach powtarza się jedno pytanie:
czy osoba pełniąca funkcję publiczną powinna używać języka, który uprzedmiotawia i ośmiesza choroby psychiczne?
Szczególne oburzenie budzi kontekst zawodowy
Dodatkowy wymiar sprawie nadaje fakt, że radny Maciej Kobielus jest związany ze środowiskiem medycznym.
– Od przedstawicieli służby zdrowia oczekuje się empatii i odpowiedzialności, a nie pogłębiania stereotypów – czytamy w jednym z listów przesłanych do redakcji.
– To nie jest margines społeczeństwa. To są nasi sąsiedzi, rodziny, współpracownicy – piszą mieszkańcy.
Oczekiwanie na reakcję
Wielu mieszkańców Andrychowa oczekuje jasnej reakcji radnego Macieja Kobielusa.
– Radny reprezentuje wszystkich mieszkańców, także tych, którzy zmagają się z chorobami psychicznymi. Słowa wypowiedziane publicznie mają znaczenie – podkreślają autorzy listów.
Bo – jak piszą mieszkańcy –
„słowa mogą ranić równie mocno jak czyny”.