Jak zatem czytać wadowickie nazwy, by nie zwariować, a przy okazji dowiedzieć się, kto tu rządził, co wycinano i kogo obgadywano przy płocie?
Między Henrichovem a Landskroną, czyli jak spolonizować sąsiada
Zacznijmy od dowodu na to, że nazwy miejscowości rodziły się na styku kultur, polityki i… problemów z wymową.
Andrychów, czyli Henryk, który został Andrzejem
Weźmy pod lupę Andrychów. W 1345 roku w dokumentach kościelnych pojawia się jako ecclesia Henrichov. Ewidentnie założycielem lub właścicielem był jakiś Henryk (zapewne z niemieckim rodowodem, co w tamtych czasach na pograniczu śląsko-małopolskim nie dziwiło). Lokalni mieszkańcy uznali jednak, że „Henryk” brzmi mało swojsko. Przez kolejne stulecia łamali sobie języki na formach Heinricho, Gindrzichow i Jandrzychow, aż w końcu machnęli ręką i zrobili z niego Andrzichow. W ten oto magiczny sposób niemiecki Henryk po kilkuset latach administracyjnych tortur obudził się jako polski Andrzej.
Lanckorona: Korona z niemieckiego importu
Jeszcze lepszym przykładem jest Lanckorona. Średniowieczne dokumenty bez ogródek piszą o Landiscoronese castrum. Nazwa ta to czysty import z języka niemieckiego (Landskrone – „korona ziemi” lub „korona kraju”). Brzmiało dumnie, z zamkowa i z zachodnia. Jednak małopolska mowa szybko zeszlifowała te twarde, germańskie kanty, tworząc urokliwą Lanczkorunę. To nie przypadek, a pamiątka czasów, gdy mieszały się tu wpływy Korony Polskiej i księstw śląsko-oświęcimskich.
Kalwaria Zebrzydowska: Projekt marketingowy XVII wieku
Zupełnie inną historią jest Kalwaria Zebrzydowska. Tutaj nie było miejsca na ludową twórczość językową. Na początku XVII wieku magnat Mikołaj Zebrzydowski postanowił ufundować tu replikę jerozolimskich miejsc świętych. Nazwa jest więc czystym manifestem religijno-marketingowym epoki kontrreformacji: połączono łacińską Calvarię z nazwiskiem fundatora. Pełen profesjonalizm, zero spontaniczności – nazwa od razu powstała jako „gotowa”, podobnie jak jej młodsza krewna, Kalwaria Pacławska.
Krajobraz bez cenzury: Brzozy, lipy i wszechobecna woda
Gdy dawni osadnicy nie mieli pod ręką niemieckiego rycerza ani bogatego magnata, stosowali metodę minimalistyczną: nazywali miejsca dokładnie tak, jak wyglądały. Bez poezji, za to z pełnym realizmem.
- Rzyki: Dziś nazwa ta może wywoływać lekki uśmiech u turystów, ale sprawa jest poważna. Pierwotnie wieś nazywano po prostu Nową Wsią, a później Rzeczkami. Chodzi oczywiście o liczne, górskie potoki przecinające dolinę. Nazwa dosłownie opisuje doświadczenie spaceru po tej okolicy: jest mokro, stromo i płynie woda.
- Brody: Skoro jesteśmy przy wodzie – w gminie Kalwaria Zebrzydowska leżą Brody (notowane już w XIV wieku jako Brodi). Dlaczego? Bo rzekę Skawinkę (zwaną lokalnie Cedronem) trzeba było jakoś przekroczyć, a mosty w średniowieczu nie rosną na drzewach. Brody to po prostu naturalne, płytkie przeprawy. Nazwa do bólu praktyczna.
- Dendrologiczny minimalizm: Brzezinka (gmina Andrychów) to nic innego jak dawny las brzozowy. Lipowa (pod Spytkowicami) zaczynała w dokumentach jako silva dicta Lypowa – czyli „las zwany Lipową”. Widzisz lipę? Nazywasz wieś Lipowa. Proste, skuteczne, przetrwało stulecia. Podobny klucz zastosowano w przypadku Dąbrówki, Sosnowic czy Brzeźnicy.
Ludzie i siekiery, czyli co ukrywają końcówki
Druga wielka kategoria nazw to te, które kończą się na -owice. Dla językoznawców (z profesorem Kazimierzem Rymutem na czele) to jasny sygnał: mamy do czynienia z nazwami patronimicznymi. Mówiąc po ludzku: to informacja, czyją własnością była dana ziemia lub kto był szefem całej ekipy osadniczej.
| Miejscowość | Co mówi historia? | Interpretacja toponimiczna |
| Frydrychowice | Dawne zapisy wskazują na imię Frydrych (Fryderyk). | Osada „ludzi Frydrycha” (jego rodziny, poddanych lub wojów). |
| Biertowice (sąsiedni powiat) | Pochodzi od imienia Biernat (Bernard). | Ziemia należąca do ludzi Biernata. |
Idąc tym tropem, z dużą dozą prawdopodobieństwa możemy założyć, że Jaroszowice to dawne włości Jarosza, Witanowice – Witana, Zebrzydowice – Zebrzyda, a Przytkowice – Przytka.
Marcyporęba, czyli Marek wchodzi z toporem
Wyjątkowo barwną nazwą jest Marcyporęba. To genialna, dwuczłonowa kronika gospodarcza. Drugi człon, poręba, to jasny znak, że wieś nie powstała na sielankowej polanie – przestrzeń pod budowę domów trzeba było brutalnie wyrąbać w gęstej puszczy. Pierwszy człon to z kolei imię inwestora lub kierownika tej leśnej wycinki. Dawne zapisy mówią o Poramba Marconis lub Marci Poraba. Mamy więc czarno na białym: chłop o imieniu Marek (lub Marcin) wziął siekierę, skrzyknął ludzi, zrobił porębę i tak powstała wieś.
Druga strona medalu: Flacorze, Plackorze i Sapcorze
Państwowy Rejestr Nazw Geograficznych widzi tylko to, co oficjalne. Jednak prawdziwe życie dawnych społeczności toczyło się w sferze miejscowych przezwisk. Choć te określenia nie tłumaczą oficjalnego pochodzenia wsi, są genialnym zapisem tego, jak sąsiedzi zza miedzy serdecznie (lub mniej serdecznie) się ze sobą droczyli.
W powiecie wadowickim i okolicach tradycja ta kwitła w najlepsze (fragment opracowania autorstwa @andrychowmeme):
- Flacorze i Plackorze: Odsyłają prosto do kuchni. Jedni widocznie słynęli z zamiłowania do flaków, inni – do placków (zapewne ziemniaczanych lub owsianych, stanowiących podstawę skromnej diety).
- Ogórcorze: Jasny sygnał, kto zdominował lokalny rynek warzywny lub u kogo kiszone beczki były podstawą egzystencji.
- Sapcorze: Mogło odnosić się do ludzi, którzy wiecznie „sapali” – albo z powodu ciężkiej pracy fizycznej w trudnym, górskim terenie, albo z wrodzonego malkontenctwa. Ale bardziej prawdopodobną wersją, jest nawiązanie do tradycyjnej potrawy ubogich chłopów- czyli sapki przygotowywana z mąki razowej lub pszennej gotowanej na wodzie i w bogatszych domach podawana ze skwarkami lub boczkiem
- Toboły i Pularysy: Te przezwiska uderzały w status materialny lub ubiór. Toboły mogły opisywać biedniejszych mieszkańców noszących swój dobytek w węzłach, podczas gdy Pularysy (od dawnego określenia portfela/pularesu) mogły ironicznie opisywać tych, którzy udawali bogatszych, niż byli w rzeczywistości.
Mapa powiatu wadowickiego to w rzeczywistości fascynujące, trójwymiarowe archiwum pod gołym niebem.
- Na północy (w dolinie Wisły) rządzi praktyczność: rzeki, brody, niziny i rolnictwo.
- Na południu (w stronę Beskidu Małego) wkraczamy w świat wołoskich pasterzy, uciążliwych karczunków, lasów i spływających z gór potoków (Rzyków).
- Wszystko to doprawione jest imionami dawnych właścicieli i administracyjną pieczęcią dawnych królów czy magnatów.
A na ten przykład nazwa regionu „Kocierz”, wzięła się od kocących się rysi. Kocących, czyli wydających potomstwo samic Rysia…
Następnym razem, mijając tablicę z nazwą miejscowości w powiecie wadowickim, pamiętajmy: za każdą z nich stoi konkretny człowiek z siekierą, złośliwy sąsiad zza miedzy albo średniowieczny skryba, który desperacko próbował zapisać lokalną nazwę tak, by nie połamać sobie pióra.
