Przede wszystkim — jak podkreśla — drogi dzielą się na gminne i powiatowe, a każdą kategorią zarządza inny podmiot. Każdy wykonawca ma wyznaczony rejon i odpowiada wyłącznie za swoje odcinki. W praktyce oznacza to, że tam, gdzie trasy się krzyżują lub przechodzą jedna w drugą, pług nie może wjechać „po sąsiedzku”, nawet jeśli śnieg leży tuż obok.

Operator, jadąc do swojego odcinka, podnosi lemiesz na fragmentach, które nie należą do jego zakresu. — To nie jest lenistwo czy zła wola — tłumaczy pracownik. — Chodzi o to, żeby nie wchodzić w kompetencje innego zarządcy i nie ryzykować uszkodzeń nawierzchni. Każdy odpowiada za swoje kilometry i musi się tego trzymać.


Tak zorganizowany system ma zapewniać porządek, ograniczać chaos i przyspieszać działania w czasie intensywnych opadów. Z punktu widzenia kierowców bywa to frustrujące, bo widzą pług, który przejeżdża obok zasypanego fragmentu i nic z nim nie robi. Jednak — jak przekonuje rozmówca — gdyby operatorzy zaczęli „pomagać” na odcinkach, za które nie odpowiadają, szybko pojawiłyby się konflikty, skargi i problemy z rozliczeniem prac.

Głos praktyka nie zamyka dyskusji. Raczej pokazuje, że spór o zimowe utrzymanie dróg nie sprowadza się tylko do tego, czy ktoś „odśnieżył dobrze, czy źle”. To kwestia organizacji, przepisów, pieniędzy i oczekiwań mieszkańców, które — jak widać — coraz częściej zderzają się z zasadami wypracowanymi w dokumentach i przetargach.

Zdjęcie: Poglądowe