Na przykładzie Mariusza Krystiana widać, jak polityka coraz częściej zamienia się w widowisko. Kamera włączona, światło ustawione, kilka ostrych zdań, najlepiej z wyrazistym przeciwnikiem w tle — i już można liczyć na lawinę komentarzy. Tyle że pod tą warstwą show brakuje czegoś, co kiedyś stanowiło sedno działalności publicznej: pracy u podstaw, rozmów z mieszkańcami, odpowiedzi na pytania niewygodne, ale potrzebne.
Krążenie po stacjach benzynowych, żarty z posiedzeń i rytmiczne docinki pod adresem rządu budują obraz polityka, który bardziej pilnuje własnego profilu w sieci niż spraw w swoim regionie. Gdy mieszkańcy zmagają się z transportem, służbą zdrowia czy oświatą, trudno znaleźć równie energiczne nagrania o tych sprawach. Dużo łatwiej natknąć się na kolejne „materiały”, które mają trafić w emocje i rozpalić internetową dyskusję.
Ironia losu polega na tym, że taka aktywność bywa skuteczna. Liczby rosną, udostępnienia lecą w górę, a polityk dostaje sygnał: tak, właśnie tego oczekuje publika. I w tym miejscu zaczyna się problem. Bo jeżeli mandatu używa się głównie jako megafonu, zanika poczucie odpowiedzialności. Zostaje scenariusz, w którym liczy się kolejny viral, a nie trwały rezultat.
Nie chodzi o to, by zabraniać krytyki — ta bywa potrzebna i bywa ożywcza. Chodzi o proporcje. O świadomość, że za każdym skrótem wideo stoi ktoś, kto później zapyta: co konkretnie zrobiłeś dla miejsca, z którego pochodzisz? Jeśli odpowiedzią mają być memy i nagrania z prześmiewczym komentarzem, to znaczy, że coś poszło nie tak. I może właśnie rolą felietonu jest przypominanie, że polityka to nie konkurs na dowcip, lecz praca, której efekty widać dopiero wtedy, gdy ucichnie kamera.