Choć komitet referendalny poinformował o zakończeniu zbierania podpisów w sprawie odwołania Rady Miejskiej, coraz wyraźniej widać, że cała inicjatywa budzi więcej obaw niż nadziei. Do komisarza wyborczego wg mediów mocno związanych z urzędem trafiło podobno ponad 3,8 tysiąca podpisów, ale to dopiero początek długiej procedury, która może kosztować gminę czas, pieniądze i stabilność — bez gwarancji, że przyniesie jakąkolwiek poprawę.

Prawo wymaga weryfikacji każdego podpisu, a doświadczenie pokazuje, że część z nich odpada z powodów formalnych. Jeśli zapas okaże się zbyt mały, cała operacja zakończy się w martwym punkcie. Jeśli zaś referendum dojdzie do skutku, mieszkańców czeka kampania pełna emocji, wzajemnych oskarżeń i sporów, które zablokują normalną pracę samorządu.


Trudno też pominąć koszty. Organizacja głosowania to wydatek liczony w dziesiątkach tysięcy złotych, które można by przeznaczyć na inwestycje, drogi, szkoły czy pomoc społeczną. A nawet jeśli frekwencja dopisze i rada zostanie odwołana, gmina wejdzie w okres przejściowy, zarządzana przez osobę wyznaczoną z zewnątrz. Zanim odbędą się nowe wybory, wiele decyzji zostanie wstrzymanych, a strategiczne projekty mogą utknąć.

Referendum przedstawiane jest jako sposób na „zmianę”, jednak coraz częściej pojawia się pytanie, czy nie stanie się ono raczej źródłem paraliżu i dodatkowych problemów. Zamiast budować porozumienie wokół konkretnych rozwiązań, gmina ryzykuje polityczny spór, którego skutki odczują wszyscy mieszkańcy — niezależnie od tego, jak zagłosują.