Kobieta w nocy z wtorku na środę dostała wysokiej gorączki i duszącego kaszlu. Rano jej stan gwałtownie się pogorszył – miała problemy z oddychaniem, była skrajnie osłabiona, kontakt z nią był utrudniony. Wezwane pogotowie stwierdziło niską saturację oraz niepokojące zmiany osłuchowe w obrębie oskrzeli i płuc. Podano tlen i zapadła decyzja o transporcie do szpitala.

Po kilku godzinach badań, mimo rosnących parametrów zapalnych i wyraźnych problemów oddechowych, pacjentkę wypisano do domu. Jak relacjonuje córka, nie pozwolono nawet poczekać na rodzinę – schorowana kobieta, po dwóch nowotworach, z cukrzycą i nadciśnieniem, została sama na korytarzu. Otrzymała receptę na antybiotyk, steryd oraz wziewnik, który – jak później ocenili ratownicy – był zdecydowanie zbyt słaby jak na stan zapalny o takim nasileniu.


Dwa dni później sytuacja stała się krytyczna. Saturacja spadła do niebezpiecznie niskiego poziomu, pacjentka nie była w stanie samodzielnie dojść nawet do toalety. Drugie wezwanie pogotowia zakończyło się pilnym transportem na sygnale. Ratownicy nie kryli zdziwienia wcześniejszą decyzją o wypisie, podkreślając, że w ostatnim czasie spotykają się z podobnymi przypadkami. Tym razem kobieta została przyjęta na oddział i objęta tlenoterapią. Badania wykazały już zajęcie płuca.

Autorka relacji apeluje o nagłośnienie sprawy i większą czujność pacjentów oraz ich rodzin. Jak podkreśla, dziś żałuje, że nie zareagowała stanowczo wcześniej. W tle tej historii pojawiają się pytania o standardy opieki na SOR, odpowiedzialność personelu i realne bezpieczeństwo pacjentów. Wadowicki szpital był ostatnio przedmiotem publicznych dyskusji w związku z innymi oddziałami. Coraz częściej jednak słychać głosy, że problemy sięgają znacznie głębiej.