Postulat wprowadzenia Strefy Przyjaznego Transportu w gminie Tomice trudno uznać za rozsądny i przemyślany. Choć autor petycji odwołuje się do haseł związanych z ochroną środowiska i poprawą komfortu życia mieszkańców, w praktyce propozycja ta wydaje się być rozwiązaniem całkowicie nieadekwatnym do lokalnych warunków i potrzeb niewielkiej, typowo wiejskiej gminy.

Tomice nie są dużą aglomeracją, nie zmagają się z masową turystyką ani z paraliżem komunikacyjnym charakterystycznym dla metropolii. Porównywanie ich do Krakowa czy kopiowanie rozwiązań z miasta liczącego kilkaset tysięcy mieszkańców to przykład myślenia życzeniowego, a nie racjonalnej analizy. Ruch samochodowy w gminie w ogromnej mierze wynika z codziennych potrzeb mieszkańców: dojazdów do pracy, szkół, zakładów usługowych czy gospodarstw. Ograniczenia wjazdu, tonażu czy kolejne progi zwalniające uderzyłyby przede wszystkim w lokalnych ludzi, a nie w abstrakcyjny „tranzyt”.


Warto też jasno powiedzieć, że hałas i ruch samochodów nie są zjawiskiem nowym. Gminy takie jak Tomice od lat pełnią funkcję zaplecza komunikacyjnego dla regionu i nikt nie ukrywał, że przez miejscowości przebiegają drogi powiatowe i wojewódzkie. Próba administracyjnego „wypychania” ruchu w inne miejsca bez realnych alternatyw infrastrukturalnych nie rozwiąże problemu, a jedynie przeniesie go na sąsiednie ulice lub gminy.

Propozycja Strefy Przyjaznego Transportu brzmi dobrze w teorii i na papierze, ale w praktyce grozi chaosem, dodatkowymi kosztami i konfliktami społecznymi. Zamiast mnożyć zakazy i ograniczenia, samorząd powinien skupić się na długofalowych, realnych rozwiązaniach: poprawie jakości dróg, lepszej organizacji ruchu czy rozmowach z zarządcami tras wyższego rzędu. W obecnej formie pomysł SCT w gminie Tomice wygląda bardziej na ideologiczną fanaberię niż na sensowną politykę transportową.