7 lutego 2026 roku Anna Twardosz oddała w Predazzo skok, który zapisał się w historii polskich skoków narciarskich kobiet. Jako pierwsza reprezentantka kraju awansowała do olimpijskiego finału i zakończyła rywalizację w pierwszej dziesiątce. Ten wynik to jednak nie tylko sportowy sukces. To finał kilkuletniej walki z przepisami, presją i własnym zdrowiem.

Pochodząca z gminy Lanckorona zawodniczka przez lata funkcjonowała w cieniu kontrowersyjnego kryterium wagowego. W kobiecych skokach narciarskich wprowadzono rygorystyczne zasady oparte na wskaźniku BMI. W praktyce oznaczało to, że zawodniczki mieszczące się w określonych widełkach mogły liczyć na pełne finansowanie przygotowań centralnych. Te, które przekraczały granicę, musiały radzić sobie same.


Dla Anny Twardosz oznaczało to realne konsekwencje. W 2022 roku znalazła się poza systemem wsparcia. By kontynuować treningi, podjęła pracę poza sportem. Równolegle mierzyła się z problemami zdrowotnymi, w tym zaburzeniami odżywiania i depresją, o których otwarcie mówiła. Jej publiczne wyznania odbiły się szerokim echem, zwracając uwagę na presję, jakiej poddawane są zawodniczki w dyscyplinie, w której każdy kilogram ma znaczenie.

W świecie, gdzie wskaźniki i tabelki często decydują o przyszłości sportowca, jej historia stała się symbolem determinacji. Twardosz postawiła na leczenie i powrót do równowagi, nawet kosztem sezonu startowego. To była decyzja trudna, ale konieczna. Dziś z perspektywy czasu widać, że przyniosła efekt.

Jej występ na igrzyskach w 2026 roku nie zakończył się medalem, ale dla wielu obserwatorów był czymś więcej niż sportowym wynikiem. To dowód, że droga na olimpijski próg nie zawsze prowadzi wyłącznie przez trening i talent. Czasem wymaga zmierzenia się z systemem, który potrafi wykluczyć, zanim da szansę.

Dla młodych zawodniczek jej historia może być ważnym sygnałem, że etykiety i oceny nie muszą definiować przyszłości. Sport wyczynowy bywa bezlitosny, lecz przykład Anny Twardosz pokazuje, że największe zwycięstwa nie zawsze mierzy się odległością skoku. Czasem są to metry przebyte w ciszy, poza kamerami, w walce o prawo do powrotu.