Bilans obecności i zarobków gospodyni miasta po prostu powala. W analizowanym okresie obejmującym 575 dni roboczych – od momentu objęcia urzędu 7 maja 2024 roku do początku października 2026 roku – Beata Smolec aż przez 114 dni nie świadczyła osobiście pracy. Przy pensji sięgającej 24 tysięcy złotych miesięcznie tak koszmarna statystyka w jakimkolwiek prywatnym przedsiębiorstwie wyrzuciłaby menedżera z fotela w trybie natychmiastowym. W gminnym samorządzie godzi to jednak bezpośrednio w portfele i zaufanie mieszkańców, którzy ciężko pracują na tak astronomiczne wynagrodzenie swojej szefowej.
Na powody tej gigantycznej absencji składają się przede wszystkim dwa czynniki: urlopy oraz przedłużające się problemy zdrowotne. Pierwszą część stanowią 41 dni urlopu wypoczynkowego. Prawdziwy ciężar gatunkowy mają jednak zwolnienia lekarskie, na których burmistrz spędziła łącznie aż 73 dni robocze. Wynika to głównie z dwóch długich okresów niezdolności do pracy: jesienią 2025 roku absencja trwała 15 dni roboczych, natomiast na przełomie wiosny i lata 2026 roku nieobecność rozrosła się do blisko trzymiesięcznej przerwy liczącej aż 58 dni. Łączenie urlopu i chorobowego daje druzgocący rezultat – w efekcie przez niemal co piąty dzień roboczy najważniejszej i najlepiej opłacanej osoby w mieście po prostu nie było na stanowisku.
To jednak zaledwie część prawdy o obecności szefowej gminy w samym magistracie. Do puli 114 dni całkowitego braku świadczenia pracy dochodzi kolejne 49 dni roboczych, w trakcie których Beata Smolec przebywała na całodniowych delegacjach służbowych. Choć wyjazdy terenowe stanowią formalnie wykonywanie obowiązków, to ich zestawienie z twardą nieobecnością daje zatrważający obraz funkcjonowania miejskiego ratusza: gdy podsumujemy dni spędzone na L4, urlopach oraz wyjazdach poza budynek, okazuje się, że przez 163 dni robocze burmistrz nie było fizycznie w urzędzie. To aż 28 procent całego czasu pracy! Przez niemal jedną trzecią kadencji gabinet włodarza świecił pustkami.
Gdy zgarniająca 24 tysiące złotych miesięcznie burmistrz pauzuje lub przebywa w rozjazdach, ciężar kierowania gminą automatycznie spada na barki urzędników. W czasie nieobecności Beaty Smolec miastem zarządza zastępca burmistrza Aleksander Kasparek, dysponujący pełnomocnictwem do podejmowania czynności kierownika urzędu, a wspiera go sekretarz gminy Agnieszka Perończyk-Adamek. To oni ciągną ten wózek i podejmują kluczowe decyzje, podczas gdy nazwisko wybranej w wyborach gospodyni miasta pojawia się głównie na oficjalnych blankietach i w gminnych publikacjach.
Taka skala absencji w zestawieniu z wręcz kosmicznym wynagrodzeniem rodzi bezkompromisowe pytania o to, czy miasto może pozwolić sobie na lidera działającego z doskoku. Liczby są twarde i niepodważalne: 575 dni kadencji, 114 dni bez wykonywania pracy, kolejne 49 dni poza siedzibą urzędu oraz 24 tysiące złotych miesięcznej pensji. Ten bilans w żaden sposób się nie broni i zmusza mieszkańców do zastanowienia się, czy Andrychów ma jeszcze burmistrza na pełen etat, czy już tylko wysoko opłacanego, etatowego nieobecnego.
