Według MSWiA w ostatnich dwóch latach udało się dostosować część zapisów paktu do polskiej sytuacji. Chodzi przede wszystkim o presję migracyjną na granicy z Białorusią, zagrożenia hybrydowe ze strony Rosji i Białorusi oraz ogromny wysiłek, jaki Polska poniosła po wybuchu wojny w Ukrainie. Resort podkreśla, że Polska ma stosować wyłącznie te przepisy, które wzmacniają ochronę granicy, uszczelniają politykę migracyjną i zwiększają dostęp do danych potrzebnych do walki z nielegalną migracją.
Nie kończy to jednak dyskusji. Wręcz przeciwnie — wejście paktu w życie otwiera serię trudnych pytań, na które obywatele powinni usłyszeć jasne odpowiedzi.

Pierwsze z nich brzmi: skoro pakt ma wzmacniać bezpieczeństwo, dlaczego nie jest po prostu paktem antymigracyjnym? Odpowiedź jest bardziej złożona, niż wynikałoby to z politycznych haseł. Unijny pakt nie zakłada całkowitego zatrzymania migracji. Ma uporządkować procedury azylowe, kontrole graniczne, powroty osób bez prawa pobytu oraz zasady solidarności między państwami UE. Nie jest więc dokumentem „przeciw migracji”, lecz próbą zarządzania migracją. Dla krytyków to właśnie największy problem, bo ich zdaniem Europa nie potrzebuje kolejnego systemu zarządzania napływem migrantów, ale skutecznego mechanizmu zatrzymywania nielegalnej migracji.
W tle tej debaty pojawiają się również wydarzenia, które obiegają światowe media i mocno wpływają na społeczne emocje wokół bezpieczeństwa. W Wielkiej Brytanii zapadł wyrok dożywocia dla ciemnoskórego sikha Vickruma Digwy, skazanego za zabójstwo 18-letniego polskiego studenta Henry’ego Nowaka w Southampton. Sprawca śmiertelnie ugodził młodego mężczyznę nożem, a następnie fałszywie oskarżył go o rasizm. Sprawa wywołała dodatkowe oburzenie, ponieważ według relacji z procesu policjanci początkowo błędnie ocenili sytuację i skuli rannego Nowaka kajdankami.
Głośno zrobiło się także o brutalnym ataku w Belfaście w Irlandii Północnej, gdzie czarnoskóry mężczyzna pochodzący z Sudanu został zatrzymany po napaści z użyciem noża. Poszkodowany doznał poważnych obrażeń twarzy, szyi i pleców. Sprawa wywołała gwałtowne reakcje społeczne i kolejną falę pytań o kontrolę granic, procedury pobytowe oraz zdolność państw do reagowania na osoby, które mogą stanowić zagrożenie.
Do podobnej debaty doszło wcześniej w Stanach Zjednoczonych po zabójstwie 23-letniej Ukrainki Iryny Zarutskiej w pociągu w Charlotte. Kobieta, która uciekła przed wojną, została zaatakowana nożem przez czarnoskórego mężczyznę znanego wcześniej policji. Sprawa natychmiast stała się przedmiotem ostrej politycznej dyskusji o bezpieczeństwie, działaniu sądów, policji i odpowiedzialności państwa za ochronę obywateli oraz osób, które same szukały schronienia przed wojną.
Te tragedie nie są prostym dowodem na to, że migracja oznacza przestępczość. W Europie i poza nią rośnie presja społeczna na to, by polityka migracyjna nie była opisywana wyłącznie językiem solidarności, procedur i humanitaryzmu, ale również językiem bezpieczeństwa, odpowiedzialności i realnej kontroli.
Dlatego przy okazji wejścia w życie paktu migracyjnego trzeba zapytać wprost: czy Unia Europejska potrafi odróżnić osoby rzeczywiście potrzebujące ochrony od tych, które wykorzystują luki systemu? Czy państwa członkowskie będą miały wystarczające narzędzia, by szybko wydalać osoby łamiące prawo? Czy historia karna, wcześniejsze incydenty, problemy z identyfikacją i niejasny status pobytowy będą traktowane jako realny sygnał ostrzegawczy?
Kolejne pytanie dotyczy polskiego zwolnienia z relokacji. Rząd zapewnia, że Polska nie będzie musiała przyjmować migrantów ani płacić za odmowę. W praktyce kluczowe będzie jednak to, jak mechanizm solidarności będzie interpretowany w kolejnych latach. Czy wyłączenie Polski jest trwałą gwarancją, czy rozwiązaniem zależnym od bieżących decyzji unijnych? Czy za rok lub dwa Bruksela nie wróci do tematu w nowej formule?
Szczególnie ważna pozostaje granica z Białorusią. Polska od lat podkreśla, że mamy tam do czynienia nie tylko z migracją, ale z działaniami sterowanymi przez reżimy w Mińsku i Moskwie. MSWiA zapowiada, że nie wdroży tych elementów paktu, które mogłyby zadziałać jak zachęta do kolejnych prób przekraczania granicy. Tu pojawia się jednak następne pytanie: jak daleko państwo członkowskie może selektywnie stosować unijne przepisy i gdzie przebiega granica między ochroną bezpieczeństwa a obowiązkami wynikającymi z prawa UE?
Wiceminister spraw wewnętrznych i administracji Maciej Duszczyk podkreśla, że Polska nie wdroży postanowień, które mogłyby obniżyć bezpieczeństwo kraju lub przyciągać osoby o nieuregulowanym statusie. Resort wskazuje także na potrzebę szybszych deportacji, skuteczniejszych powrotów dobrowolnych i walki z instrumentalizacją migracji.
To ważne deklaracje, ale pozostaje pytanie, czy pakt rzeczywiście przyspieszy odsyłanie osób, którym nie przysługuje prawo pobytu w UE, czy stanie się kolejną skomplikowaną procedurą. Dotychczas wiele państw europejskich miało problem nie tylko z wydawaniem decyzji, ale przede wszystkim z ich wykonaniem. Bez realnej współpracy z krajami pochodzenia migrantów nawet najbardziej restrykcyjne przepisy mogą pozostać na papierze.
Pakt migracyjny nie jest więc prostą historią o tym, że „Polska musi” albo „Polska nie musi”. To dokument, który będzie miał wpływ na całą europejską politykę migracyjną, ale jego praktyczne skutki zależą od wdrożenia, interpretacji i kolejnych decyzji podejmowanych w Brukseli oraz w stolicach państw członkowskich.
Najważniejsze pytanie pozostaje otwarte: czy Unia Europejska dzięki paktowi faktycznie odzyska kontrolę nad migracją, czy jedynie stworzy nowy system, który będzie równie trudny do egzekwowania jak poprzednie rozwiązania? Polski rząd zapewnia dziś, że bezpieczeństwo granic i brak relokacji są priorytetem. Obywatele mają jednak prawo oczekiwać nie tylko deklaracji, ale też jasnego wyjaśnienia, co dokładnie zmieni się po 12 czerwca i jakie gwarancje ma Polska na przyszłość.
Zdjęcia: MSWiA/9gag.com
