Do redakcji od dawna napływają wiadomości od anonimowych osób podających się za członków komitetu referendalnego. Zamiast jasnych deklaracji i otwartej komunikacji pojawia się jednak szeptana kampania w mediach społecznościowych, pełna sugestii i półsłówek. Transparentność, o której tak często mówią inicjatorzy, pozostaje na razie bardziej hasłem niż praktyką.

Z oficjalnych dokumentów wynika, że pełnomocnikiem referendalnym jest Tomasz Dziedzic. To postać znana części mieszkańców kalwaryjskiego rynku, choć – jak mówią sami mieszkańcy – na co dzień częściej bywa w Krakowie niż w rodzinnej gminie. Formalnie wszystko się zgadza: meldunek jest, a także funkcja w Zarządzie Osiedla nr 1. Dziedzic w ostatnich wyborach samorządowych startował do Rady Miejskiej z listy związanej z byłym burmistrzem Augustynem Ormantym, prowadząc aktywną kampanię bezpośrednią.

To właśnie te polityczne powiązania sprawiają, że referendum coraz częściej przestaje być postrzegane jako czysto obywatelska inicjatywa. W małym mieście nazwiska i wcześniejsze sympatie polityczne mają znaczenie, a deklaracje o „referendum mieszkańców” brzmią dla wielu znajomo. Tym bardziej że podobny scenariusz lokalna opinia publiczna widziała już wcześniej – w Andrychowie.


Tam również przekonywano, że referendum jest głosem zwykłych mieszkańców. Tymczasem jego twarzą był Jerzy Mrawczyński, były radny z komitetu Tomasza Żaka, a później jego polityczny przeciwnik. Powszechnie wiadomo jednak, że Mrawczyński od dawna wspiera Beatę Smolec, a jego rola trudno uznać za reprezentowanie bezstronnego głosu mieszkańców. Co więcej, inicjatywa referendalna w Andrychowie była wspierana niemal wyłącznie przez środowisko związane właśnie z Beatą Smolec.

Podczas zbiórek podpisów i akcji promujących referendum widziano tam konkretnych radnych: Jakuba Guzda czy Bożenę Drabczyk, którzy stali wspólnie i otwarcie zachęcali do podpisywania list poparcia. Obraz „oddolnej inicjatywy” szybko ustąpił miejsca wrażeniu politycznie skoordynowanego działania, firmowanego hasłem mieszkańców, ale realizowanego przez jedno środowisko. Koniec końców nie udało się w Andrychowie zebrać wymaganej ilości głosów do rozpoczęcia procedury referendalnej- co tylko pokazuje jak nieznaczący dla mieszkańców, jest ich głos.

Dla wielu obserwatorów wydarzeń w Kalwarii Zebrzydowskiej to istotny punkt odniesienia. Pojawiają się pytania, czy także tutaj nie mamy do czynienia z podobnym mechanizmem: oficjalnie referendum obywatelskie, w praktyce inicjatywa ludzi związanych z określonym zapleczem politycznym. W takim kontekście nazwisko pełnomocnika i jego wcześniejsze aktywności nabierają dodatkowego znaczenia.

Referendum, które z założenia powinno być narzędziem demokracji bezpośredniej, coraz częściej jawi się jako element lokalnej gry politycznej. Mieszkańcy Kalwarii Zebrzydowskiej pytają dziś nie tylko o sens samego głosowania, ale przede wszystkim o to, czy rzeczywiście chodzi o ich interes, czy raczej o powrót dobrze znanych układów pod nowym hasłem. W tej historii pytanie „kto za tym stoi” staje się ważniejsze niż procedura.